Coral

- Lenia… - powtórzyłem jej imię na głos. Miałem wrażenie, że gdzieś już słyszałem to imie. Gdy sobie przypomniałem, odwróciłem się w jej stronę. – Lenia, ja ta stara żona Sida z Epoki Lodowcowej – dziewczyna przez moment milczała, jakby próbowała przetrawić to, co właśnie usłyszała, po czym odwróciła w moją stronę głowę, posyłając mi rozżalone oczy. Nic nie powiedziała, a ja się tylko do niej szeroko uśmiechnąłem. – No co, zbieg okoliczności nie z mojej winy – uniosłem ręce do góry w geście obrony. – Idź się rozciągaj, bo naprawdę się zestarzejesz – ponagliłem ją krótkim machnięciem obu dłoni, po czym skierowałem się do drzwi, pozostawiając Pannę Lenię samą z jej ostygłymi kościami, których słyszałem każdy ruch, przy jej rozciąganiu się. – Zgaduje, że ten leniwiec byłby bardziej giętki od niej – powiedziałem sam do siebie, idąc korytarzem do kuchni. Myśli o giętkim, starym leniwcu zniknęły, gdy znalazłem się w pożądanym miejscu.
Kuchnia nigdy nie była za bardzo ruchliwa. Podejrzewam, że ten burdel prosperowałby tak samo dobrze bez niej, jak teraz z nią. Menu nie było jakoś ambitne, ponieważ wszystkich interesowało co innego: płyny, jakie mogli nabyć w barze. Bar w porównaniu z kuchnią był stadionem, na którym odbywał się prawdziwy rock. Dzięki temu to niewielkie, jasne pomieszczenie było jedno z moich ulubionych, ponieważ mogłem na spokojnie zebrać myśli, wypić coś oraz przegryźć w czasie wolnym, którego miałem zdecydowanie za mało.
  Aktualnie w kuchni po za osobami gotującymi byłem sam. Wyciągnąłem więc z lodówki zimne piwo i pozwoliłem sobie usiąść w kącie, obserwując jak jedna z pań przygotowuje właśnie frytki. Moje myśli powędrowały w całkiem inne miejsce. Przedwczoraj dostałem informacje, że może chcieć się z nami skontaktować osoba z Jackals. Ma to zrobić w przeciągu najbliższych dni, ale jak? Z kim? Coś więcej? Zero informacji. W każdym razie: to ich członek ma znaleźć nas. Cóż, pozostało mi tylko życzyć mu powodzenia.
  Dobra, przesadzam. W rzeczywistości, aby w jakiś sposób tajemnicza osoba mogła znaleźć drugą, pożądaną, tajemniczą osobę, mieliśmy coś na wzór kodu. Nie był to słowny kod, jak w większości przypadkach, ale ruchowy. Był to krótki i płynny ruch dłoni, który troszeczkę przypominał wyginanie rąk w drugą stronę. Po co tyle zachodu? Chodziło o ludzkie bezpieczeństwo.
  To było jakoś ponad tydzień temu. Większa sprawa, której poświęcono wiele dni i nocy, na jej przygotowanie. Wszystko musiało przebiec idealnie, zgodnie z planem. Należało go wykonać jak najszybciej, by uniknąć większych strat w nieludziach. Nasi ludzi odnaleźli położenie ukrytego laboratorium, w którym przeprowadzano badania laboratoryjne na nieludziach. Żeby to były jeszcze zwykłe badania, jak sprawdzanie ich inteligencji albo odruchów mięśniowych, potrafiłbym to jeszcze zrozumieć, ale sprawdzanie, co takie istoty mają w środku lub jak sobie poradzę bez jakiegoś atrybutu, jest nieetyczne, niemoralne i nienormalne. Mógłbym godzinami rozmyślać nad sensem istnienia naukowca oraz obiektu badań, jednak wiedziałem, że jeśli ponownie będę się nad tym zastanawiał, poczuje nieodpartą żądze zabicia kogoś, a wtedy będę musiał porządnie się zastanowić nad sensem istnienia mojej istoty.
- Skończyłeś pić? – usłyszałem z boku. Dziewczyna robiąca frytki zwróciła na siebie moją uwagę.
- A co? Chcesz? – skierowałem w jej stronę puszkę.
- Tak – wyciągnęła rękę i zabrała ode mnie napój. – Dokończę. Ty już idź tańczyć – zrobiłem smutną minę, po czym się ześlizgnąłem z krzesła i podreptałem w kierunku szatni, aby się przygotować.
Taniec, taniec i jeszcze raz taniec. Byłem ciekaw jak idzie Pannie Leni, ale niestety nie będzie mi dane jej dzisiaj obejrzeć, ponieważ dawała występ w innej części sali.
  Chciałem dzisiaj wytańczyć nasz tajemniczy kod, który idealnie pasował do mojego układu tanecznego. Był on tak krótki, szybki, że aż prawie znikomy i niewidzialny, więc nikt nie zwróci na niego uwagi, prócz jednej osoby – naszego tajemniczego agenta. A jaka była szansa, że ta osoba pojawiłaby się w takim miejscu? Zerowa.