Coral

 Dostałem informacje, że ktoś z Jackals będzie się chciał z nami skontaktować. Nie koniecznie za mną, informacja o tym została przekazana jeszcze trzech innych osobom. Byliśmy tylko informatorami, mieliśmy przekazywać wiadomości, bez naruszenia tożsamości osób trzecich. Przerzucić kartkę i tyle, posłać wieść dalej – i tak dalej. Mimo tego, że byłem świadomy, że któregoś dnia ja, albo pozostała trójka spotkamy kogoś z ich organizacji, nie sądziłem, że stanie się to tutaj – w nocnym klubie, gdzie panował syf, kiła i mogiła. Kompletnie się na to nie przygotowałem (psychicznie). Byłem na nią taki wściekły, że wybrała się w to miejsce… tylko dlaczego byłem zły?
 Dobre pytanie. Może dlatego, że takie miejsca kojarzyły się z czymś „nielegalnym”. Klub nocny – miejsce wciągania narkotyków, palenia trawy, picia świństw, a oprócz tego podrzynania sobie gardeł, podpisywania kłamliwych umów, a wszystko to zamaskowane i ukryte pod zapachem potu, alkoholu i seksu. Czułem, że gdyby ktoś z innej sfery o innych poglądach szukał członka Ruchu Oporu, członka Jackalsa, albo co gorsza, informacji, kryłby się gdzieś w zakamarkach tego budynku.
- Porozmawiajmy – powiedziałem, zaciskając zęby. Zamknąłem za sobą drzwi i przekręciłem ten słaby zameczek w drzwiach, który mógłby zostać zniszczony jednym silnym pchnięciem. Popatrzyłem na nią, oparła się o toaletkę, przy której poprawiała makijaż. – Naprawdę nie było innego miejsca? Innej okazji?
- Czy ty mnie oskarżasz o to, że wasz członek pracuje w takim miejscu?
- Prędzej oskarżyłbym o to, że W A S Z członek pracuje w takim miejscu.
- To miała być chwilowa praca, by wtopić się w tłum – mówiła spokojnie, nie tracąc powagi na swojej twarzy. Jej oczy były zimne i miałem wrażenie, że gdy nasze spojrzenia się ze sobą krzyżowały, w pokoju powietrze gęstniało.
Nagle zacząłem się śmiać. Był to niekontrolowany wybuch śmiechu, który jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Cóż, lepsze było to, niż złość.
- Najwidoczniej takich jak my ciągnie do takich posad – stwierdziłem. – Tylko twoje kości się zestarzały, Leniwcu – mimo, że jej nie znałem, wiedziałem jedno. Ten przydomek zostanie z nią, ilekroć nasze drogi się skrzyżują. Szkoda tylko, że nie przypominała tej samicy leniwca z charakteru, może wtedy byłaby mniej irytująca i wkurzająca. – W każdym razie – opanowałem się i ściągnąłem z twarzy uśmiech. Z poważną miną spojrzałem na białą kopertę, którą trzymała w rękach. Gdy sięgnąłem po nią ręką chcąc ją zabrać, dziewczyna cofnęła rękę.
- Tak jak pytałam, kiedy zamierzacie działać? – zapytała, a ja tylko przekrzywiłem głowę. Przez moment milczałem, co sprawiło, że zaczynała się denerwować. – Język ci odpadł po tym machaniu tyłkiem? – zmarszczyłem brwi, ale trzymałam nerwy na wodzy.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że to my czekaliśmy na wasz ruch – wyjaśniłem w czym rzecz. Oczy dziewczyny jakby złagodniały, a dłoń trzymająca kopertę się obniżyła. Nie sięgnąłem po nią.
- To my czekamy na informacje, gdzie ich trzymacie.
- A my gdzie ich przejmiecie – przez dłuższą chwilę w pokoju trwała cisza, podczas której słyszałem piosenkę „Really Rosie”, lecącą gdzieś w tle. Nigdy do niej nie tańczyłem, nie lubiłem jej. – Cóż – przerwałem milczenie. – Może się szefostwo nie dogadało, albo któryś kretyn pomieszał informacje – wyciągnąłem rękę po kopertę, ale nie zacisnąłem na niej palców. Czekałem, aż Leniwiec sam to zrobi, co uczynił po krótkiej chwili. Schowałem mały zwitek w spodniach, w małej kieszonce na zegarek.
- Chyba tak – przyznała.
- Wyjaśnię sprawę i spotkajmy się jutro tutaj o tej samej porze – po tych słowach się odwróciłem. – Skończyłaś na dziś? Podejrzewam, że już mają cię dość – przekręciłem zamek w drzwiach.