Coral

Przez całą drogę nikogo nie spotkałem. Sądziłem już, że gdzieś pomyliłem zakręt i się minęliśmy, ale po przebyciu ponad połowy drogi, wiedziałem, że coś musiało się stać. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do szefostwa, które tak samo jak ja, nie miało pojęcia co się mogło wydarzyć i dlaczego transport nie dotarł na miejsce. Szybko zarządzili, że wyślą kogoś na miejsce, ale ja wiedziałem, że dotrę tam szybciej. W linii prostej miałem do „punktu zdrowia” (tak nazywało się miejsce, w którym trzymaliśmy uratowane osobniki) krótszą drogę, niż Castiel, którego chcieli tam wysłać autem przez pół miasta. Zamieniłem się więc w ratela i przemykając po czyichś działkach, między szparami w płotach i przeskakując przez niektórych ludzi, dotarłem tam po jakimś kwadransie.
W środku zastałem jednego stróża, starszego mężczyznę, ewidentnie zdziwionego moim widokiem. Stanąłem przez nim w ludzkiej postaci.
- Gdzie transport – zapytałem, nie biorąc nawet przed tym tchu. Mężczyzna przez moment milczał, jakby nie rozumiał moich słów.
- Transport? Wyjechał przecież dawno temu, powinien być o omówionej godzinie – pokręciłem głową.
- Nie dotarł. Nie ma nawet po nim śladu – dopiero teraz doszła do niego powaga sytuacji. Natychmiast wyciągnął telefon. – Kto po nich przyszedł?
- Smocze Bliźniaki i Lis – zaczął szukać czegoś w telefonie. – Zadzwonię do jednego z bliźniaków – po tych słowach przyłożył komórkę do ucha.
„Smocze Bliźniaki” i „Lis” były pseudonimami, jakie nadajemy sobie po maskach. Zazwyczaj są to zwierzęta, ale od ilości członków, powoli używamy kolorów lub innych charakterystycznych rzeczy, a czasami nawet wychodzimy po za obszar zwierząt.
W międzyczasie ja wszedłem do środka, z nadzieją, że może coś się znajdzie. Aktualnie budynek był pusty, ale w powietrzu wciąż unosił się zapach obcych ludzi, oblanych zimnym potem, drżących ze strachu, wściekłych za swe krzywdy, bądź całkowicie załamanych. Zacząłem przeszukiwać niektóre pokoje, chociaż wiedziałem, że jeśli w którymś z nich ukrywa się jakaś zagadka albo trop, nie znajdę go. W rzeczywistości szukałem jednego: znalazłem to w jednym z pokoi. Kobieta przed wyjściem musiała wziąć prysznic z żelem o zapachu cytryny. Zapach wyróżniający się na tle spoconych ludzi, zapach na tyle się wyróżniający, że jako ratel mogłem podjąć trop.
Gdy ja opuszczałem budynek, na miejsce przyjechał Castiel. Zignorowawszy go, ruszyłem za tropem, który pokrywał się z trasą ich przejazdu tylko na początku. Po dwustu metrach, czyli w miejscu, w którym ochroniarz stracił ich z oczu, transport skręcił. Ruszyłem w kierunku targu, a potem wzdłuż porzuconych budynków jednorodzinnych, które stały się ruderą w momencie, w których ich właściciel okazał się oszustem, polującym na pieniądze (czyli w sumie jak większość z nas). Tam zauważyłem pojazd. Stał za jednym z rozwalających się budynków, a mój trop, składający się z cytrynowego żelu pod prysznic zmieszał się z odorem ludzkiego strachu i stał się jednością z pozostałymi woniami. Mogłem podjąć więc kolejny trop, składający się z całej gromady ludzi. Weszli wpierw do budynku, gdzie znalazłem zaschniętą krew/ Wszedłem do kolejnego pomieszczenia i poczułem ostry zapach krwi i moczu.
Pod ścianą leżały dwie osoby. Mężczyzna i kobieta, a na twarzach mieli maski. Wróciłem do ludzkiej postaci. Na ich twarzach leżały smocze maski. Kucnąłem przy bliźniakach i sprawdziłem ich puls. Siostra miała złamany kark, a brat poderznięte gardło. Oboje byli martwi.
Przez moment ogarnęła mnie wściekłość. Nie kontrolując się, uderzyłem ręką w ścianę. Nie zauważyłem bólu, jednak wiedziałem, że jutro mogę tego żałować. Skóra popękała, a kostki zsiniały. Mimo tego tą samą dłonią wyciągnąłem telefon i powiadomiłem Castiela. Ktoś musiał ich stąd zabrać i godnie pochować, a skurwy*na który to zrobił, powiesić na haczyku.
Trop mi się urwał. Wszystkie zapachy się zlały w jedno, tłoczyły się w tym budynku, a na zewnątrz wiatr rozwiał ich zapachy. Przekląłem pod nosem, nie wiedząc co robić. Wyszedłem po za budynek i się rozejrzałem. Zero żywej duszy, zero tropu. Co ja miałem teraz zrobić…
Ze złości kopnąłem kosz na śmieci stojący obok mnie. Wywalił się na ziemi, wydał z siebie jęk bólu i wyrzucił z siebie jakieś ciało. Przez moment myślałem, że mam zwidy, bo ciało się poruszyło, ale gdy zobaczyłem niebieskie ślepia na białej wystraszonej twarzy, poplamionej krwią, rozpoznałem w tym czymś, co śmierdziało spleśniałym i zgniłym koszem, tą dziewczynkę, która miała dotrzeć na miejsce transportem. Ją jako ostatnią uratowaliśmy z laboratorium, co ciekawsze, była najbardziej strzeżona i podczas jej ratunku jeden z naszych stracił lewą nogę.
Zaczęła krzyczeć, więc odruchowo złapałem się za ramię, przyciągnąłem i zamknąłem jej buzię ręką.
- Nie krzycz, pomogę ci, tylko zamknij usta – powiedziałem być może zbyt oschle, jak do małej dziewczynki, ale nigdy nie potrafiłem się nimi dobrze zająć.
Dziecko się rozpłakało, ale przestało krzyczeć. Odetchnąłem z ulgą i ponownie się rozejrzałem. Nie widziałem nikogo, ale miałem wrażenie, że jeżeli zostaniemy odsłonięci jeszcze przez dłuższą chwilę, ktoś nas zestrzeli. Zabrałem ją do środka.
- Jestem tym dobrym, nie zabije cię, ale musisz powiedzieć, co się stało – postawiłem ją przed sobą. Przez moment patrzyłem na nią z góry, a ta tylko starała się nie płakać. Westchnąłem, po czym kucnąłem. – Słyszysz mnie? – zapytałem. Spojrzała na mnie dużymi przerażonymi oczami, po czym kiwnęła głową. – Dobrze, a powiesz mi, co się stało? – znowu pokiwała głową, ale za każdym razem, gdy otwierała usta, jej głos się załamywał i nie mogłem nic z siebie wydusić. Dzieci są takie słabe… i nieprzydatne. - Nie ważne – wstałem.
Dwóch naszych zginęło, jedna ofiara się ukryła, a resztę jakby zmiotło z powierzchni ziemi. Póki nie wiedziałem, co się wydarzyło, nie chciałem nikogo informować, że ją znalazłem. Ewidentnie w którejś grupie był szpieg, któremu zależało na tych ludziach. Nie mogę nikomu ufać; potrzebuje jednak pomocy.
- Zabiorę cię stąd i kogoś odwiedzimy – wziąłem ją na ręce.
Oplotła dłonie wokół mojej szyi, a twarz schowała w jej zgięciu. Gdy opuściliśmy starą dzielnicę, dziewczynce wrócił głos.
- To był lis – wymamrotała. Chciałem ją postawić i wysłuchać jej, ale bałem się, że jak ją puszcze, to znowu straci głos.
- Lis? – przytaknęła, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam człowieka w lisiej masce, który zjawił się ze smokami. – Zabrali was do tego starego domu? – znowu przytaknęła. Przez moment się nie odzywała. Może zbierała siły, a może próbowała sobie wszystko przypomnieć. Dopiero po kilku minutach usłyszałem historię.
Kazali im wysiąść w starej dzielnicy. Ludzie w masce się kłócili, czy to na pewno dobrze miejsce. Transport wszedł do środka, gdzie czekali kolejni ludzie. Zamiast masek mieli czarne kominiarki, a kiedy bliźniaki weszły do środka i zrozumiały, że coś nie gra, kazali się im ewakuować. Dziewczynkę jeden z bliźniaków odrzucił na bok, po czym ciął mężczyznę, stojącego za nią. Krew bryznęła na dziecko, które natychmiast uciekło.
Reszta historii jest zagmatwana, podejrzewam, że dziecko nie chce jej pamiętać. Mówiła coś o tym, że ktoś ją złapał za nogę, potem puścił, potem znowu ktoś złapał, dziewczyna w masce kogoś zabiła, a potem wywaliła ją na zewnątrz i kazała uciekać, ale ta stwierdziła, że lepszym pomysłem będzie ukrycie się, zważając na to, że nigdy szybko nie biegała.
Gdy powiedziała, że schowała się w śmietniku, poczułem jej ostry smród starych, zapomnianych śmieci. Starając się nie zwrócić śniadania, ruszyłem do klubu nocnego.