Coral

- Powiedziałaś to z takimi przerwami, że chyba nie uwierzę – stwierdziłem, widząc, jak wyciera mokre ręce o mały granatowy ręcznik. Byłem ciekaw, skąd miała taką ładną ranę i takie umiejętności, że nie bała się sama sobie coś zszywać. Moje ręce w takiej sytuacji stałyby się nagle… niekontrolowane. – Po za tym, ja mam długi język, jeśli czegoś nie mówię, znaczy, że nie wiem, więc aż chciałbym zobaczyć walkę szefów. To by było lepsze o walki dzikich psów…
- Długo będziesz się rozwodził nad marzeniami? – przerwała mi ostro, na co tylko przewróciłem oczami. Miała szczęście, podobnie jak ona nie miałem nastrojów do żartów.
Przekazałem jej świstek do szefostwa, które na wieść o różnych informacjach, przekazanych obu stronom zadania, było delikatnie zdziwione, potem wściekłe, a na końcu jakby załamane. Po godzinie konsultacji, przy których mnie nie było (umiliłem sobie czas zabawą z obcymi psami w parku, które chciały, aby ktoś porzucał im patyk, a niestety ich właściciele byli zbyt zajęci), stało się coś… niesprawiedliwego.
To ja zostałem zbesztany.
Mimo, że wyższej rangi wiedział, że nie miałem nic wspólnego z przekazywaniem tej części informacji, musiał się na mnie wyżyć. Rozegrała się między nami walka słowna i tylko fakt, że stanowiskiem był nade mną, nie doprowadził mnie do użycia rękoczynów – chociaż przyznam, że tylko nierozważni (pasowałem do nich) byliby w stanie z nim walczyć.
- Jutro, dziewiętnasta, między bazarem a kościołem. Sześciu młodych ludzie, dwie dziewczyny, trzech chłopaków i jedno dziecko – słysząc to dziewczyna jakby się uspokoiła, po czym skinęła głową.
- Od razu lepiej się ciebie słucha – zmarszczyłem brwi i o dziwo pozostawiłem to bez komentarza.
~*~
Następnego dnia, w umówionym miejscu pojawiłem się dziesięć minut wcześniej. Uratowanych ludzi miała przetransportować trójka naszych ludzi, a ja miałem przypilnować, aby teren był czysty i nikt się w nim nie kręcił. Pomagała mi przy tym dwójka ludzi: rudowłosa dziewczyna i czarnoskóry mężczyzna. Oboje nosili zwykłe, czarne, okrągłe maski, podczas gdy ja miałem na twarzy maskę szopa pracza. Na dodatek pomagali nam (można tak to nazwać?) członkowie Jackals, którzy obstawili zachodnią cześć. Nie widziałem wśród nich Leniwca, jednak wszyscy, jak my, byliśmy zamaskowani, w końcu po co znać swoje tożsamości? To tylko może przysporzyć nam kłopotów.
Punkt dziewiętnasta. Powinni być. Siedziałem pod ścianą i patrzyłem w miejsce, w którym zaraz powinni się znaleźć nasi.
Dwie minuty później – cisza. Zacząłem ruszać nerwowo nogą.
Kolejne pięć minut – wstałem i wyczekiwałem. Inni również zaczynali się denerwować. W takim momentach spóźnianie się jest wręcz zakazane.
Dziesięć minut spóźnienia – pusto. Między nami zaczynały się szepty.
- Czas mija, gdzie oni są? – zapytał jeden z członków Jackals. Nie odwróciłem się, ale głos musiał należeć do mężczyzny.
- Jakbym kurwa wiedział, to bym tu nie stał – po tych słowach ruszyłem najpierw truchtem, a potem biegiem w kierunku drogi, jaką sobie wyznaczyli do przejścia.