Thylane

    Życie w ostatnim czasie przytłaczało mnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Wszystko działo się nagle, nieoczekiwanie, uderzało niczym grom z nieba. Niekiedy się zastanawiałam, po co mi było takie życie? Z biegiem czasu wyrobiłam sobie solidną rutynę, jednak jedno z drugim miało mało wspólnego ze sobą. Bycie lekarzem, a tą tajemniczą wersją głowy rządzącej z cienia gangiem, który był swoistą legendą nawet poza granicami Varasel. Sialiśmy prawość i zapewniliśmy spokój pośród zwyczajnej społeczności, jednak niebezpiecznie było być kobietą. Tym bardziej zdradzić się na tyle, by być odnalezionym w miejscu, gdzie rzeczywiście niosłam ratunek dla zdrowia. Ba, często nawet życia, choć krążyły plotki, że nie szanowałam siły pieniądza. Na co komu te ogromne bogactwa, gdy w ciemności zaułków niektórzy nie mieli tyle dóbr materialnych, co na kontach większości mieszkańców najdroższych apartamentów. Gdzie ta prawość i równość, o której tak nawijali politycy, wyrażając swoje bujne przemowy, byle zawrócić innym w głowie? Nie mieściło mi się to wszystko w głowie… Może po prostu miałam za dobrze w życiu? Fakt, nie mogłam narzekać. Miałam to, czego brakuje tym smutnym dzieciom, spędzającym najlepsze momenty dzieciństwa w sierocińcach, czy proszących o pieniądze i jedzenie na ulicach. Też mi coś, nigdy na świecie nie będzie spokoju i równości. Nie w tym chaosie i niebezpieczeństwie, czychające tuż przy naszych granicach. Nie mogliśmy zapominać, iż staliśmy w gotowości do sięgnięcia po broń i walce. O walce za nasz świat, na jakim rządy chcą przejąć demony. I gorsze od nich anioły, raz które już zdołały zaślepić naszych przodków.
    Porwaliśmy się niekiedy bezmyślnie, by szerzyć lepsze słowo i wizerunek dla nas samych. Może tylko dla napełnienia naszego ego, co podświadomie chcieliśmy wypchnąć z takich insynuacji. Niekiedy siedząc na sztucznych futrach tu przy cieple kominka, trzymając w dłoni grzaniec, zadawałam sobie pytanie - czy byłabym wstanie przeżyć choć jeden dzień? Choć na jeden dzień rzucić wszystko, zapomnieć o swej karierze, spuściźnie i bogactwie, by żyć. Bez niczego, z całym dobytkiem przy sobie i przeć przed siebie. Jedynie z malutkim zapasem jedzenie, kilkoma drobnymi w kieszeni i walczyć? Coż, dotychczas zdawało się być to nieistotne. Do czasu…
- Chyba sobie kpisz, prawda? - zakpiłam sobie wręcz z mojej prawej ręki, gdy spędzaliśmy wieczór w jego mieszkaniu. Byłam głową i karkiem jednocześnie, nie mogąc sobie pozwolić na krztynę żartów. Musiałam być czujna, nad zbyt dużą liczbą gnojów trzymałam bata.
- Gdzieżbym śmiał, księżniczko… Po prostu poprosiła mnie pewna osoba o przysługę, której osobiście nie mogę wykonać.
- Zbyt wiele poprzewracało wam się w dupach, skoro mieliście czelność rzucić mi na głowę takie zadania! Od czego w ogóle jesteście, hm? - odstawiłam szklankę z hukiem na szklany stolik, zarzucając nogi na siebie. - My nie pracujemy z innymi organizacjami, tylko się t o l e r u j e m y…
- Jesteśmy znani z pomocy innym, jednak zauważ… - w mgnieniu oka pojawił się za mną, bawiąc się moimi włosami. Czy to jakiś fetysz? - Że za bardzo rzucam się w oczy, by wtopić się od tak w tłum. To łatwe zadanie, podołasz, księżniczko.
- Segera…
- Postawili jednak zasadne ultimatum, by nas sprawdzić. Dlatego porzuć dumę, bezpieczne kąty swoich włości i wyjdź ze strefy komfortu. Musisz sama znaleźć punkt zaczepienia, zaufany, by pomóc tym ludziom.
Wyciągnęłam do niego automatycznie dłoń, on zawsze zrozumiał moje potrzeby. Jak gdyby nic podał subtelnie między wargi papierosa, zapalając jego koniec. Tak… Tego potrzebowałam, niszczycielskiej siły niezdrowego tytoniu.
- Wiesz doskonale, jak niszczycielskie może być zaburzenie tego wszystkiego, co ratuje mnie przed utratą kontroli.
- Uwierz mi na słowo, wtedy nikt tak mocno mnie nie zranił. Ba, pozostawił mi blizny, szefowo…
- Co z tymi ludźmi? - spojrzałam na niego, doszukując się jakiegokolwiek fałszu. Jednak jak na złość, nic takiego nie doszukałam. Było to u niego nie możliwe, nigdy.
- Byłe obiekty z laboratorium doświadczalnego zostały zabezpieczone, tylko garstka wie, gdzie obecnie się znajdują.
- Miewasz przede mną zbyt dużo sekretów, nie powinno mieć to w ogóle miejsca…
- Spakowałem już twoje rzeczy, nic więcej nie potrzebujesz do nowej podróży. Ahoj przygodo!
Siedzenia w drugiej klasie przedziału nie były zbyt wygodne, nim mogłam to sobie wyobrazić po tak długim czasie. Ewidentnie zrobiłam się zbyt wygodna, przyzwyczajając się do standardu własnego samochodu, bądź tego kierowcy. Przebudził mnie ten głośny, monotonny i niewyraźny głos dobiegający z głośnika. Ruch na korytarzach utwierdził mnie w przekonaniu, iż nastał czas nareszcie wyjść naprzeciw zwykłemu życiu. A raczej próbować, na coś może zda się odziedziczone aktorstwo mamuśki. Zabrała swoją torbę sportową spod siedzenia, torbę podręczną zarzucając przez ramię. Jedynie to wszystko mi było potrzebne, zaś wskazówki wyuczyłam się na pamięć, nim spaliłam kartki przed wyjazdem. Czujność ponad czubek nosa, by nie zwracać na siebie większej uwagi. Krok pierwszy, znaleźć miejsce noclegowe, przebrać się i zapoznać się z tym miastem.
- To nie może być takie trudne, prawda? Thylane… - nim stanęłam na peronie, uderzyły we mnie rozmowy, śmiechy i spojrzenie ludzi. Istna sielanka, choć przynajmniej mi się tak zdawało.
~ * ~
   Znalezienie noclegu nie było takie trudne, tym bardziej takiego, które nie rzucało się w oczy. Wystarczyło chwilowe posiedzenie w kawiarni i przejrzenie telefonu, by znaleźć odpowiednie lokum. I to za dość odpowiednie pieniądze, jakie dał mi na dobry start Segera. Cóż… Nie musiał wiedzieć, że wzięłam i zmodyfikowałam swoje wyposażenie, ruszając trochę swych ludzi w tutejszych okolicach. Dobrze było mieć własne sokoły, węszące i pracujące na moje najmniejsze skinienie. A raczej wykonywujące dokładnie moje założenia, gdy rzuciło im się kilka zaskórników. Choć dość obskurnie wyglądał ten budynek hostelu z zewnątrz, środek okazał się dość przytulny. W tym pokój, posiadający na wyłączność w pokoju coś na pozór aneksu kuchennego. Szkoda, iż łazienki nie były takie, jakie można się było tego spodziewać. Jedna łazienka na dwa pokoje, też mi cudo. Eh, pozostała mi już tylko praca. Z własnego doświadczenia o takie cudo, łatwiej było się zaznajomić w ciemnościach wieczoru, gdzie ludzie wychodzili poza strefy pracy, szukając uciech i wyciszenia pośród klubów. Czytanie gazet było dość przestarzałą metodą, jednak ktoś jeszcze korzystał z tego typu przekazu. Ogłoszenia były o dziwo ciekawe, jednak często nie szukali kogoś na krótko. Praca na kuchni, praca w obsłudze klienta, zwykły sprzedawca… Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie zdawały się być to profesje, pomagające zdobyć ułamki znajomości, by dowiedzieć się i nawiązać kontakt z Ruchem Oporu. Chyba, że… Wbiłam niedopałek papierosa w odmęty popielniczki, chwytając za telefon. Tak! To mogło być idealne.
   Czułam się dość niepewnie, przygotowując się na szybką rozmowę o potencjalną pracę, jednak znałam realia prosperowania tego typu instytucji. W tak znanych lokalach, najczęściej w lożach vipowskich, poza zasięgiem wzroku obcych, odbywało się istotne transakcje i przyklepywanie nowych umów i współpracy z innymi jednostkami. Taka była siła i istota gangów, choć wydawało się to dość prostackie. Jednak była to najbezpieczniejsza forma, jaka zdawała się być w nawiązywaniu kontaktów. Segera jakby czytał mi w głowie od początku, wybierając dość… Odważne, jak na mnie ubrania, cholerna kanalia!
- Hm… Jednak nie udajesz cyrkowca, a referencje jak mi się zdawało, nie są pełne kłamstw. - uniosłam wzrok znad ekranu telefonu, wygaszając go natychmiast. Zachowanie pozorów bycia miłym i pełnym szacunku, było najważniejsze w tej sytuacji. Musiałam zapomnieć całkowicie o poprzednim fachu, stając się zwyczajną jednostką. Która będzie musiała wykonywać żądania innych, do dzieła Thylane. - Choć zbyt sztywno się ruszasz w tańcu, brak ci… Siły przekazu i pewności siebie, gdy patrzą na ciebie obcy ludzie.
- Dotychczas nie musiałam AŻ tyle odkrywać, poza tym… Działałam raczej w miejscu, gdzie odbywały się prywatne “popisy”.
- Tutaj trzeba być profesjonalnym na każdej płaszczyźnie, by wejść na sam szczyt.
- Każdy menager tak mówi, gdy pokazuje kandydatowi specjalności własnego loka. - uśmiechnęłam się zadziornie, odstawiając butelkę wody na blat stołu. Nadal czułam to przyjemne zmęczenie mięśni, które po długim czasie zostały zmuszone do wysiłku. Przynajmniej drobinki potu zniknęły z granicy włosów, mogłam na nowo czuć się swobodnie. - Jednak…
- Jednak blizny zdobiące twoje ciało, stawiają cię jako kandydata, w dość odległej kolejce do wzięcia tej pracy.
- Mam swoje sposoby, by ukryć je przed wzrokiem innych…
- Jednak liczy się tutaj talent, pewność siebie i czysta forma artystyczna i wygląd. Nie zapewnienia, bo to w naszym świecie nic nie znaczy.
- Jednak wysłała pani szefowi film, jego zdanie też się liczy, nieprawdaż?
- Jednak…
- Skoro tak pani stawia rzeczy, nie będę dalej marnować państwa czasu… - mruknęłam cicho, zbierając swoje papiery z stołu. Miałam jeszcze dziś umówione spotkanie z jednym klubem, może tam się uda? Nim zdążyłam się odwrócić w drugą stronę, po prostu na kogoś wpadłam boleśnie. Odbiłam się solidnie, lądując na poprzednim miejscu. Auć. Mój nos totalnie został zmasakrowany, chwyciłam się, aby tylko się upewnić, czy brak jest na nim brak krwii. - Cholera…
- A cóż to… Lebiega targnęła na salony, czy do niewłaściwego miejsca? - powiało zimnem, ależ tym bardziej oszczerstwem. Uniosłam powoli wzrok, przeszły mnie wręcz dreszczem.
- Proszę? - zmarszczyłam brwi, spoglądając kątem oka na kobietę, z którą uprzednio rozmawiałam. - Chyba ktoś pomylił swoje koleżanki, z obcymi tutaj ludźmi. Którzy z KULTURĄ osobistą przychodzą na rozmowę.
- Kulturą? Też mi coś… - zdążyłam tylko wstać, nim prawie dostałam ekranem telefonu na nowo w nos. Ba, wyglądał, jakby wcale się nie wahał. - A to nie jest żadna wielka sztuka, którą odstawiłaś.
Uniosłam wysoko głowę, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Był swoiście… Przerażający, jednak miałam malutką przewagę. Zbytnio nie miał przewagi, jeśli chodziło o jego wzrost, ha! Czyżby jakiś tancerzyk?
- Mówi to balerina w getrach, fascynujące… Gdyby ktoś zmienił zdanie, zna pani mój numer. - posłałam jej uśmiech, zarzucając torbę na ramię. Przechodząc obok niemiłego typa, niechcący trąciłam go barkiem. Też mi coś, zero jakiejkolwiek grzeczności.