Thylane
Ktoś ewidentnie porządnie się postarał, aby całkowicie zjebać sprawę po całości. Jak można było być takim debilem do jasnej anielki? Musiałam grać przede wszystkim na zwłokę, a nieścisłości z prawdą dopaść późnym wieczorem. Bądź dopiero tego ranka, było już zbyt późno. Uśmiechnęłam się tylko do mężczyzny sarkastycznie, jakby wyzywając go na pojedynek słowny. Oparłam się wygodniej o kanapę, wyciągając z stanika skąpego ubrania dość pokaźne zwitki pieniędzy zarobione dzisiejszego dnia. Dlatego dziewczyny z naszych klubów były tak zadowolone z zarobków i bonusów, jakie dostawały na boku przez wielbicieli.
- Nie bądź złośliwy tygrysie, co? Jak na powrót do tymczasowego zawodu jestem zadowolona z zarobków, a raczej beznadziejny przypadek… Nawet w kilka tygodni tyle nie wyciągnie, hm? - zaśmiałam się, pakując wszystkie rzeczy do swojej torby. Miał rację, na dziś odpuszczono mi dalsze podrygi. Najlepsze części wieczoru miały odbyć się w tańcach doświadczonych tancerek, które miały uraczyć gości swoimi wygibasami ciała. Istne pląsy, na jakie nigdy bym się nie zdecydowała.
- Szefowa, albo nasza wspólna znajoma musiała przekonać chłopaków…
- Jesteś doprawdy złośliwy, z takim wyrazem twarzy nigdy nie będziesz mieć kobiety, tygrysku. Mru… - zawarczałam z uśmiechem na twarzy, ubierając kurtkę, chwytając w mocny uścisk torbę sportową. Specjalnie zatrzymałam się przy nim, klepiąc go po klatce piersiowej. Prowokacja pierwsza klasa, kiedyś przez to naprawdę stracę życie. Thylane, jesteś doprawdy głupia.
Jego brew niebezpiecznie wystrzeliła w górę, gdy za poły jego ubrania wrzuciłam zwitek pieniędzy. Mi ich nie brakowało, mu mogły przynieść trochę osłody w życiu. Przynajmniej tak myślałam, ale kto tam ich wie, co takie typy wyrabiają na boku.
- Pozwalasz sobie za dużo, Leniwcu! - warknął wręcz, chwytając mnie mocno za nadgarstek. Auć, od tego na pewno zostanie potężny siniak. Nachyliłam się jedynie do jego ucha, otwierając jednocześnie drzwi.
- Aj, aj… Taki niebezpieczny tygrysek, powinieneś uważać. Niekiedy kobiety bywają bardziej zabójcze, niż mężczyźni, kociaku. - szepnęłam, pozostawiając dreszcze przez mój gorący oddech na jego skórze szyi. - Liczymy na pozytywne i ścisłe informacje od was, bo inaczej… Szef samodzielnie znajdzie waszych rządzących i wymieni swoje postulaty krwią. Do jutra.
Pomachałam mu na pożegnanie, zostawiając go samego z myślami i informacjami opisanymi przeze mnie. Kierując się w kierunku mojego mieszkania, poruszyłam połowę moich wtyk do natychmiastowego stawienia się dziś rano. Nie miało być miło, jaka byłam dla nieznajomych mi ludzi dla lepszego pozoru. Oj nie…
~ * ~
Atmosfera już dawno nie była taka gęsta, niż inni mogli się tego spodziewać. Przecież jako lider nigdy nie wymagałam zbyt wiele, byłam pobłażliwa. Pomagałam zdobywać alibi, ratowałam rodziny swoich ludzi, gdy tamci wpadali w sidła sprawiedliwości. Nie zostawiłam nigdy na lodzie nikogo, kto współpracował z nami. Najważniejsza była korzyść obu stron, ba. Sama dawałam z siebie sto procent, osobiście wchodząc między walczących ze sobą istot. Wszystko było pokręcone, ale musiałam znaleźć winnych. Kolejny raz strzepałam popiół z końcówki papierosa, ciężką podeszwą buta uderzając o lity beton. Bardziej przerażającej scenerii na spotkanie nie mogłam wybrać, opuszczone lofty. Idealne miejsce dla szczurów, jakim byliśmy dla Ruchu Oporu w dużej mierze.
Niekiedy nie mogłam zrozumieć wyborów mojej prawej ręki co do ludzi, jakimi się wysługiwał w tak ważnych sprawach. A przecież obecna misja była wysoka stopniem w naszym mniemaniu, a ktoś adekwatnie dawał dupy. A tego szef nienawidził, niestety dla tej jednostki byłam nim ja. I przez to miał tak przejebane, że osobiście musiałam się tu fatygować i pokazywać swoją prawdziwą twarz. Westchnęłam kolejny to raz, kucając obok przerażonego chłopaka. Był mieszańcem jakiegoś zwierzęcia i człowieka, mieli przejebane w życiu. Dlatego przez swoją wyrozumiałość rozumiałam, że napady agresji były czymś normalnym. Pociągnęłam ostatnią porcję nikotyny, wyrzucając niedopałek poza zasięg naszych oczu. Spojrzałam z ukosa na szefa wtyk w regionie, wypuszczając dym z płuc. Czas mnie naglił, ale musiałam to wytłumaczyć delikatnie.
- Młody… Ej, naprawdę nie zamierzam cię zabijać, każdemu może powinąć się noga. Ruch Oporu w naszym mniemaniu to niedojdy.
- Zawaliłem, szefie… Znaczy! Szefowo! Tak, zawaliłem… - jeszcze bardziej się skulił w sobie, ukrywając twarz w bezpiecznej opoce z własnych ramion. Eh, za mało miałam empatii na takie akcje. Poklepałam go po ramieniu, dając znikome kawałki bezpieczeństwa.
- Przez żadną z płotek w moich szeregach nie pokazałam, kim jestem naprawdę w prawdziwym życiu. To już naprawdę wielkie zaufanie, nie zamierzam cię skrzywdzić.
- Słaby ze mnie kurier, szefowo…
- Słaba ze mnie tancerka, młody - zaśmiałam się szczerze, siadając tak samo jak on na ziemi. - Czas mnie nagli, praca w klubie naprawdę to wyzysk… Ale nie musisz się bać, nauczymy wszystkiego ciebie. Jeszcze zajdziesz daleko.
- Co z całą akcją, pani? - spojrzał na mnie niepewnie, gdy wykorzystałam czas na wyciągnięcie kolejnego papierosa, wraz z kopertami i dużym zwitkiem banknotów. Wsunęłam mu je w dłoń, zapalając znowu używkę.
- Twoja premia za dobry kawał roboty i instrukcje, które musisz dostarczyć do naszego Krwawego Żniwiarza, okej?
Chłopak najwidoczniej zrozumiał, jaka podróż życia go czeka. Najpewniej jedna z jego nie ostatnich, zamierzałam dobrze zainwestować w takiego człowieka w swoich szeregach. Ceniłam szczerość i miałam do takich ludzi czuły nos. Pokiwałam tylko głową, wstając do pionu. Poklepałam go na odchodne, prosząc, aby zostawił informację o mnie tylko dla siebie. Musiałam ruszyć wreszcie kwestię wymiany do przodu, miałam już dość tego regionu. Źle to wszystko działało na mnie, nie licząc migren narastających. Idąc w kierunku pracy, mocno ściskałam zdobytą ranę przez drobną walkę z tym młodym podwładnym. Kawał bestii.
~ * ~
Pierwsze połowy ciężkiego wieczoru w pracy uznałam za dobrze wykonane, moja nowa znajoma po fachu ciągle pokazywała mi tylko kciuki w górę. Też mi coś, jedna osoba miała mi to zachwiać w jedną chwilę, o dziwo, nie było jej na radarach jak dotąd. Cieszyłam się z mojej artystycznej werwy tego wieczoru, mogąc przekazać siebie na scenie. Jednak schody pokazały się, gdy rana zaczynała przepuszczać, zaś moje sprawdzone używki wraz z potem, opuściły mój organizm. Ból znowu zaatakował, jednak dzięki pomocy energicznej znajomej, mogłam odpocząć dobrą godzinę w garderobie. Zostawiłam tylko kilka zapalonych żarówek na tandetnej toaletce, mrok i ja w takim stanie to złe połączenie. Stanowczo…
Plusy bycia lekarzem szybko odnajdywałam w środowisku czarnych charakterów, mogłam bez większych problemów zszyć powstałe rany. Westchnęłam kolejny to raz, gdy igła wbiła się w krawędź rany, powoli przeciągając nici. Cholera.
- Leniwiec… - nagły trzask drzwi uderzających w ścianę i jego głos spowodował lekki podskok. Jednak uderzenie brzuchem w toaletkę to było najgorsze, co mogłam przeżyć. Cholera! Skrzywiłam się, przeciągając to cholerstwo dalej przez swoje trzewia. - O proszę, ktoś tu obcuje ze śmiercią.
- Ani słowa…
- Nie jesteś już tak odważna jak wczoraj, hm? - ostatni raz wyjrzał na korytarz, zamykając drzwi na zamek. Nie zwracałam uwagi na jego słowa, już tak byłam na granicy jakiejkolwiek wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Westchnęłam, gdy naciągnęłam kolejny szew, aby dobrze trzymał oba rogi głębokiej rany. Zrobiłam na końcu supeł, nożem odcinając koniec.
- Kurwa…
- No kurwa, masz rację. Wyglądasz jak z jakiej rzeźni.
- Rzeźnie to dopiero mogę ci zrobić, jak wydobrzeje. - odrzuciłam swoje narzędzia do reklamówki, zamykając je szczelnie. Pochwyciłam butelkę mocnych procentów, wypijając kilka solidnych łyków. Nie można w takich momentach być damą. Powoli wstałam, aby iść do łazienki umyć dłonie od krwii. - Jeśli nie masz konkretów, mój szef osobiście wyciągnie z ciebie informacje, albo dorwie twoich szefów.
- Mocny tylko w gębie, co?
- Ma po prostu… Mocny temperament w danej sytuacji… Konkrety proszę, tygrysku.