Thylane

   Dawno nie odczuwałam tylu emocji naraz, będąc wystawioną na tylu ludzi jednocześnie. Niby powinnam mieć to wszystko gdzieś, unosząc głowę wysoko. Pragnąć wyciszenia, uspokojenia rozchwianych wiecznie emocji, które mogły wnieść w obecne otoczenie istną destrukcję. Jednak musiałam przywyknąć do nowej rzeczywistości, gdzie stawka była bardzo ważna. Chodziło o życie niewinnych ludzi, cierpiących przez obecne systemy świata. To pokazywało, jak musieliśmy dbać o swoją poufność i tym, kim byliśmy wewnątrz siebie. A byliśmy jedynymi jednostkami, jakie mogły na dłuższą metę pokrzyżować plany nadnaturalnych kreatur. Nigdy nie rozumiałam łatwości ludzi, oddali się po prostu im. A anioły okazały się w istocie gorsze, niż te ciemne zakały zrodzone z chaosu. Dzisiejszy świat istotnie wydawał się złudny i spokojny, wszystko jednak było do czasu… Prędzej, czy później, zapukają do naszych bram. I czy wyjdziemy im na przeciw, aby wspólnymi siłami je pokonać? Niestety dzisiejszy system pokazywał jedynie zepsucie. Nic więcej, co mogło wynieść sztandary zwycięstwa i odbić ziemię, jakie niegdyś należały w całości do nas samych.
   Teraz nareszcie zrozumiałam słowa kurdupla, gdy mówił swoje opowiastki o zniewolonych słowikach w klatce. Niegdyś wyśmiewałam to, gdy dochodziłam do siebie po pożarze, który zakładał unicestwienie kilku ważnych jednostek. Tym samym przypadkowo mnie, choć na celowniku, jak się potem okazało, był mój zamieszany w szemrane sprawy kuzyn. Też mi się trafiła rodzinka z nieba. Nie było tak kolorowo, jak sobie wyobrażałam to w dalekiej przeszłości, gdy zmyślałam niestworzone scenariusze kolorowego życia. A sama tak naprawdę weszłam na minę, gdy wpakowałam swoje cztery litery w schematy, półświatka, jakiego nigdy nie miałam odkryć. Jednak z czasem ten czarny świat pochłonął mnie doszczętnie, chcąc nieść pewien rodzaj sprawiedliwości dla ludzi i istot podobnym mnie. Nieśliśmy swoisty sztandar spokoju na ulicach największych miast, pozbywając się problemów. Chodź najbardziej istotny sam wyszedł z naszych zakamarków, szerząc anarchię. Jednak ukochałam sobie ten świat i nie widziałam bez niego dalszego ostatniego, uzależnienie. Tak bym to nazwała, kiedy adrenalina krążyła w moich żyłach, a ja na równi z moimi ludźmi walczyłam. Uciskając rany, jednak byłam z tego dumna… No, byłam. Czas przeszły ewidentnie mi nie pomagał w obecnej sytuacji, gdzie ciało miało grać swoje główne skrzypce.
   Byłam jak ten słowik w klatce, którego życia zdawało się być ustawione do końca swych dni. Nie brakowało mi niczego, mój harmonogram dnia był zwyczajną rutyną. Miałam stabilne życie, wykonywałam pracę, powodującą uśmiech na mojej twarzy. Ciągły rozwój, dążenie do celu i pomoc innym była czymś, co wyciągnęło mnie z odmętów ciemności drugiego życia. Jednak nadal byłam tym rozpieszczonym słowikiem, który miał śpiewać słodko. Za to dostawał najlepsze ziarna i najczystszą wodę, by być ozdobą swej właścicielki. Też byłam takim niewolnikiem, gubiącą swoje morale zbudowane zza bycia dzieckiem. Przyzwyczaiłam się do cholernych stabilności, dużej ilości pieniędzy w banku, wykwintnym spotkaniom i rozmowami na poziomie. Straciłam ten uśmiech i zadowolenie z życia, gdy z ekscytacją uciekałam z akademika i szwędałam się po ciemnych uliczkach miasta. Tak poznałam życia, przez budowanie swoich dróg i znajomości. Aż dopięłam swego, co miało potem przynieść szczęście i miłość. Którą utraciłam.
- Co podać pięknej pani, hm? - usłyszałam donośny głos, próbując wygrać bójkę z tutejszym hałasem gównianej rzecz ujmując muzyki. Jak można puszczać coś tak nieudanego? Nie mierzyli się z klubami stolicy, gdzie przeważnie miałam możliwość robienia grubszych interesów.
- Tequile w najczystszym podaniu, jaka tylko może tutaj być. Zaraz… Dwie kolejki, tylko tej jednej z lepszych, dopłacę. - mruknęłam, wyciągając zwitek pieniędzy, aby zachęcić dość miłego dla oka barmana. Uśmiechnęłam się tylko subtelnie, wskazując na dół baru, gdzie zwyczajnie leżały lepsze to kąski.
Odwróciłam się twarzą do parkietów tego miejsca, opierając łokcie wygodnie na blacie solidnego baru. Dość wyrafinowanie tutaj było, mniej tandetnie, niż w poprzednim miejscu rozmowy kwalifikacyjnej. Nie sądziłam, że w takich realiach biznesowych, pracując głównie ładną twarzą i ciałem, ciężko było zdobyć posadę na dość sporą chwilę. Oj Thylane, jak bardzo się myliłaś. Nie miałam obrony na swoje nastawienie, nie przywykłam do tańca w obecności innych ludzi. Była to moja odskocznia w domku pośród gęstwiny lasu, gdzie mogłam uciec od chaosu miasta i z dala od natrętnych ludzi. Tu mogłam być tą Lenią, jak miał w zwyczaju nazywać mnie ojciec. Tą skrycie słabą dziewczynką, jaką dusił niekiedy świat w obawie, że jej negatywy daru wyjdą na światło dzienne. Byłam tam tylko ja, muzyka, kuse ubranie, złota rura i ciemność… Byłam jej częścią, a ona zwyczajnie moją. Razem mogliśmy wiele, podbijać nadzwyczajnie świat. W tych pląsach nie liczyło się nic… Ból mięśni tylko zachęcał do dalszych zabaw i pląsów, akrobacji, kuszących ruchów całym ciałem. Słowa spotkanego kilka minut wcześniej mężczyzny tylko poprawiły mi dość humor, może jednak nie musiałam dziś się odrobinę zaćpać? Miła odmiana, Thylane.
- Pani zamówienie, smacznego!
- Na pewno skorzystam jeszcze z tak miłych usług, drogi panie. - rzuciłam mu kuszący uśmiech, sięgając po posuniętą sól. No to hop, jak to się miało wyćwiczone z zamkniętymi oczami. Przed wypiciem shota, nasypałam trochę soli na dłoń pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym.
Pamiętałam doskonale, jak pierwszy raz popełniłam karygodny błąd, gdy nie złagodziłam ostrości tego cholerstwa. Zlizałam odrobinę soli z wierzchu dłoni, wychylając kieliszek dobrodziejstwa procentów w swoje gardło. Uh, jakże to kiedyś uwielbiałam pić. Na nowo wsłuchałam się w muzykę, wgryzając się w cząstkę limonki. Muzyka stała się trochę mniej denerwująca, albo prowadzący dzisiejszą imprezę dostał ewidentne skargi od obsługi. To był mój drugi świat, ten czarny i pełen adrenaliny. Przywykłam do głośnej muzyki, ekstrawaganckiej gry światłami, zapachu spoconych ciał i papierosów. Wyziewu nadmiaru alkoholu, przewijających się narkotyków w tle i kuszących tańców, wystawionych na oczy głodnych wrażeń. No i oczywiście szybkich numerów i transakcji w łazienkach, to już była swoista norma.
   Lekko potupałam nogą w rytm znajomej muzyki, wyciagając z odmętów stanika narzędzie pracy, aka telefon. Szkoda, że bez tych nowinek technicznych był już w pełni uzależniony świat. Eh, jestem zbyt staroświecka. Ewidentnie. Uśmiechnęłam się, widząc dość długą rozprawkę od potencjalnego pracodawcy, o proszę. Jednak zadziorny chłopaczek miał rację, ha! Szkolenie… Nauka pewności siebie w tłumie… Fatałaszki dla moich blizn… Doszkalanie w trybie natychmiastowym, wręcz parsknęłam śmiechem.
- Ktoś ma widocznie dobry dzień, hm? - spojrzałam z ukosa na barmana, polerującego w wolnej chwili szklanki do drinków i kieliszki.
- Można powiedzieć, że… Aż nadto, napijesz się?
- Jestem w pracy, jakby nie patrzeć. - zaśmiał się pogodnie, będąc widocznie przyzwyczajony do takich zachęt zwyczajnego życia. Napisałam ostatnie zdanie w wiadomości, wysyłając ją jak najszybciej do drugiego rozmówcy. Nie chciałam, aby czuła się pominięta. Musiała wiedzieć, jak bardzo mi zależało na tej cholernej pracy.
- Łatwo rozpoznać kierownika tego baru, pełna profesja i poświęcenia dla tegoż miejsca.
- Próbujesz mnie oczarować?
- Nie wywodzę się od tych jednostek… - wskazałam palcem na nieopodal siedzącą blondynkę, próbującą podbić do portfela nieświadomego mężczyzny. Eh, to takie prostackie. Już prawie swoją gębą siedział w jej balastach, jakim były jej sztuczne na oko cycki. Ponowiłam schemat przed i po wypiciu ulubionego alkoholu, zachęcając barmana do wypicia głębszego ze mną. Ciekawy dość człowiek, choć był widocznie zdziwiony, że chciałam najzwyczajniej jakoś zapełnić czas rozmową. Jednak czaiłam się blisko wyjścia dla personelu, musiałam dorwać tego cwaniaczka. Jednak… Postanowiłam wykorzystać jedną z pracownic, jakże nic za darmo. Napisałam mu prostą wiadomość na karteczce, zwijając stąd manatki. Jak widniało w rozprawce od potencjalnej szefowej, czekał mnie ciężki obóz pracy nad sobą, aby wejść na sam szczyt hierarchii tego brudu.
~ * ~
   Byłam zaskoczona sama sobą, jakże do wielkich zmian i aktywności zmusiłam się na nowo w życiu. Miałam niecałe dwa tygodnie na przygotowanie, by jakoś podrasować swoje ciało. Wyglądałam jak cholerny patyk z pozoru, jednak o odpowiedni rozwój mięśni zawsze dbałam. Oczywiście zaniedbałam kondycję wytrzymałościową, ale musiałam ją nadrobić. To się nazywa oddanie, eh. Nie wiedziałam, czym były spowodowane przesunięcia tym kołchozem nad moją osobą, jednak nawet poszło mi to na rękę. Na nowo wczuwałam się w muzykę, jakąkolwiek, chcąc czuć ją całym ciałem. Tańczyć, ćwiczyć ruchy, wzmacniać przede wszystkim swojego ducha walki o ważną sprawę. Bieganie rano, więcej spożywanego jedzenia, aby nie uszczuplać swojej sylwetce. I treningi z obciążeniem, by wyglądało to wszystko znośnie. A raczej tak sobie wmawiałam, bo chciałam odsunąć spojrzenia innych od moich blizn od oparzeń, w większości tak powstałych.
   Poniedziałek. Dość o wczesnej godzinie miałam się zjawić w miejscu, mające być moją przyszłą pracą. Dziwnie było wejść w odmęty takiego miejsca, gdy ni ebyło tu głośno i bez tańczącego, dość dzikiego tłumu ludzi. Dzień zapowiadał się dość dobrze, miałam dobry humor, jednak nadal w moich żyłach utrzymywał się stan po spożyciu substancji mających wyciszyć pewne receptory w moim ciele. Byłam gotowa na każde wyzwanie, jednak modliłam się do znajomych mi pseudo bożków, aby wysłuchali mojego męczeńskiego marudzenia. Byle by na mojego nauczyciela nie wybrano typka, który nie podpadł w moje kanony dobrego i wszechstronnego człowieka do współpracy. Wtedy to na pewno bym nie mogła zamknąć swojej dumy na długo w kieszeni. Ugh…
- Nie spodziewałam się, by komuś tak zależało… Aby przyjść dwie godziny przed czasem, niesamowite! - skrzywiłam się nieznacznie, słysząc piskliwy głosik tej drobnej na pozór dziewczyny. Zaraża energią, zapałem i optymistycznym zachowaniem, ratujcie. Podziwiałam ją. Przy takiej osobie chciało się dać z siebie sto procent i jeszcze więcej.
- Nie sądziłam, że tak ciężko znaleźć tutaj pracę w takich zakresach obowiązków. Wasza szefowa mną zachwycona nie była…
- Nie martw się! Pewnie nasz cichy chłoptaś potwierdził i dodał swoje dwa grosze, ma rękę do ludzi. A raczej… - momentalnie skrzywiłam się w pół, czując potęgę jej mięśni ramienia. Przełknęłam ślinę, ewidentnie tańczyła i ciężko ćwiczyła, aby być na podium tego lokum. Zaśmiała się, zarzucając mi przez ramię rękę, schylając się zaraz do konspiracyjnego szeptu. - Dba o to, by nie przepisali nam idiotek… Ciężko cokolwiek ugrać z takimi, a w głowie zero…
- Wywaliłam mu z bara, gdy wychodziłam teatralnie…
- Oh… Na pewno się polubicie! Nie jest zły, dopóki nie czuje zagrożenia!
- Połamiesz mnie, koleżanko… - zaśmiałam się, nie wiedząc, co zbytnio zrobić w mojej obecnej sytuacji. Zwyczajnie nie miałam szans wstać do pionu, gdy opierała prawie cały ciężar ciała na mnie. Skubana potęga. - A wiesz może, kto…
- Nasz dziki specjalista oczywiście!
- Za głośno… AŻ nadto za głośno, cisza. Cisza… Łamago, w szeregu zbiórka za pięć minut. PIĘĆ.
   Znowu ten sam powiem zimna, jakby odebrano z tego miejsca całe szczęście i ciepło. A myślałam, że to ja noszę w sobie piętno atmosfery śmierci. Spojrzał na nasze występki krytycznie, po prostu nas mijając i idąc w tylko sobie znanym kierunku. To wszystko się skończy źle. Eh, ciężar zniknął, co prawie spowodowało mój upadek w tył. W ostatniej chwili spięłam mięśnie, ratując swoją sytuację z opresji. Ugh… W garderobie pełnej skąpych fatałaszek do występów tych kobiet, mogłam złożyć swoje rzeczy. Wygodne i bezpieczne długie spodnie zmieniłam na spodenki sportowe, zaś na sportowy stanik założyłam bluzę. Choć była to część ubioru zbędna do tego typu ćwiczeń, ciężko było na światło dzienne wrzucać tatuaże i nadal widoczne ślady oparzeń i blizn na plecach.
- Zobaczysz, będzie naprawdę fajnie! Już cię lubię! - znajoma mi już dziewczyna uderzyła mnie na odchodne w między łopatki, idąc wykonać swoje zajęcia. No jasne…
- Nie jestem tego pewna, mając takiego nauczyciela. - ległam na kanapy obok, będąc pozostawiona sama sobie. Przynajmniej będę mogła ćwiczyć w pomieszczeniu, które nie rzuca się w oko. Byle by przeżyć…
- W szeregu zbiórka, łamago… Zaczynam żałować, że wziąłem twoją stronę tylko dlatego, by inna idiotka nie dostała roboty. - wszedł jak gdyby nikt, odstawiając wodę w kąt pomieszczenia. Spojrzałam na niego krytycznym spojrzeniem, nie wstając z tego pseudo mebla.
- Tygrysek pozostał w swoim żywiole, co? Może… Zarycz mi zarycz, a rzucę ci mieszek złota pod nogi. - zadrwiłam, wracając spojrzeniem do sufitu. Nie dam sobą pomiatać.
- Milcz…
- Mrau, ah mrau…
- Po prostu…
- Im mniej będziemy gadać o głupotach, tym szybciej od siebie odpoczniemy. - wstałam, zrzucając bluzę z ramion. Ostatni raz wzmocniłam uścisk gumki na swoich długich włosach, powoli się rozgrzewając. Każdą partię mięśni, by nie nabawić się kontuzji. Mijając go, poklepałam go po policzku, cmokając. - Nie denerwuj się tak, bo zmarszczek się nabawisz. Z innej beczki, nazywam się Lenia.
   Zostawiłam go na swoim miejscu, robiąc dość długie wykroki. Jeden po drugim, rozruszając zastałe nadgarstki. Na końcu przeszłam do szpagatu, od tego to na pewno się odzwyczaiłam. Mało giętka się stałaś, panno Lenio. Przynajmniej tak widniało w moich podrobionych papierach, dzięki Segera.