Thylane
Gdyby nie znacząca ranga tegoż wypadu rozpoznawczego, wszystko bym rzuciła w cholerę. Zbyt bardzo przez ostatnie lata pokochałam samowolę i zasady, jakie mogłam narzucać innym. W odmętach i bezkresów mafijnych porachunków, byłam jedną z niewielu, która rozdawała solidne karty na arenie pokoju i zasad ulicy. Jednak tutaj… Świat wyglądał inaczej, pchając mnie w odmęty destabilizacji i ciągłych wyzwań na każdym progu. Mimo, iż przeżyłam dopiero w tym miejscu kilka godzin, nie licząc rozgrzewki przedwczesnej, byłam istnym kłębkiem nerwów. Mój pierwszy taniec określiłam mianem swojej beznadziejności, aka największym gównem i historii moich porażek. Blizny na plecach ciągnęły mnie za każdym razem, gdy przerzucałam swoje ciało o sto osiemdziesiąt stopni, włosami zahaczając o podłogę. Najmniejszy ruch powodował dziwne boleści i protesty, mimo, iż nigdy nie dawały mi tak w kość. Dopiero po mocnym i zasadniczym klepnięciu potężnej dłoni między łopatki, sprawiło, że zrozumiałam swój błąd. Moja własna psychika i mózg zrobiły mnie w bambuko, zwyczajnie płatają mi figle. Zbyt bardzo mi zależało, a moje umiejętności nie szły ze mną w parze. Jednak moje największe wspomaganie w tym miejscu, dziewczyna poznana kilka godzin wcześniej, potrafiłą złożyć mnie w całość. Chodź jej łapy mogły połamać mnie, ale mówi się trudno. Nie chciałam dać satysfakcji pewnej, dzikiej i nieokrzesanej jednostce, która istnie mnie ośmieszyła. Leniwiec? Naprawdę?! Do tego stary… Solidna porcja dymu nikotynowego pozwoliła się mi wyciszyć i złożyć plan, aby utrzeć nosa temu palantowi. Gostek w lajkrach przypominał mi mojego Żniwiarza, pewny siebie uśmieszek, dziwny zwyczaj ciągłego dotykania ludzi i rzucania sarkastycznych tekstów. Ta dwójka dobitnie mnie irytowała, dlatego musiałam pozamiatać w dzisiejszą noc wszystkie parkiety.
Drugi taniec musiał przypaść do gustu męskiej części dzisiejszych gości, gwizdy i rzucane pochwały, dość zwiększyły moje morale. Jednak dla swoistej stabilności odcięłam się od bodźców z zewnątrz, tworząc swoją oazę kreowania sztuki. Byłam tylko ja, muzyka, moje ciało i umysł. Chęć stworzenia i przelewania emocji, przemiany swojego wnętrza w własną sztukę. Chodź byłam samoukiem, a po matce odziedziczyłam jedynie dobre geny co do wyglądu, nie żałowałam niczego. Z kolejnych to tańców czerpałam zwyczajną radość, chcąc dobrze wypaść. To się liczyło. Jednak nie zmieniało to kwestii obserwacji i wykonania pierwotnego planu, odnaleźć tego cholernego łącznika.
- Muszę przyznać, że dać tobie kilka miesięcy i zrobisz się niezła sztuka! - drzwi do garderoby otworzyły się z hukiem, a tornado ekstrawagancji i entuzjazmu wpadło do środka. Podskoczyłam zaskoczona na krześle, ratując soczewkę kontaktową przed upadkiem na skażony bakteriami blat.
- Matko…
- Przeszkodziłam, hm? - usiadła jak gdyby nic na krawędzi stołu, wypijając za jednym razem pół butelki wody. Krople potu niewidoczne na pierwszy rzut oka na czole i zaczerwienione policzki, jasno dawały znać, że bezustannie dotychczas tańczyła. No tak, braki kadrowe… Czas jakby się dla mnie zatrzymał, gdy poczułam na sobie badawcze spojrzenie, eh. Wykorzystałam moment, wkładając ustrojstwo na swoje miejsce. Kolor oczu zmieniony. - Czemu…
- Nienawidzę swoich tęczówek, dlatego skrywam je wieczność przed spojrzeniem innych.
- Uważam, że są naprawdę piękne, pasują…
- Przypominają mi je o kimś, z kim dzieliłam większość cech tego wyglądu…
- Wybacz, powinnam nareszcie nauczyć się myślenia, nie tylko pierdolenia.
- Spokojnie, nie mam awersji. Po prostu to zwyczajne zamaskowanie własnych boleści.
Uśmiechnęłam się delikatnie do niej, łapiąc za swoje prywatne mazidła. Chodź makijaż jakoś zbytnio nie ucierpiał przez moje pląsy, trzeba było zatuszować kilka kwestii. Trzeba umieć się sprzedać, jak mawiała mi szefowa tego przybytku. Rozruszałam swoje mięśnie ramion, dawno tak nie dostały po dupie, jak dzisiejszej nocy. Moja towarzyszka o mało nie spadła z swojego miejsca, gdy drzwi na nowo walnęły w ścianę. Co do… Zmarszczyłam brwi, widać w odbiciu lustra ten perfidny uśmieszek i walącą po oczach pewność siebie, Stał jak jakiś książe, oparty o futrynę z skrzyżowanymi rękoma na klacie.
- Prywatne kwatery czekają, szefowa kazała przekazać - wskazał kciukiem za siebie, na szczęście nie mówiąc do mnie. Miałam swoje wygibasy taneczne uznane na zakończone. Dziewczyna nie mówiąc nic, wskazała mi kciuk w górę, idąc coś najpewniej na szybko zjeść. Świetnie. - Średnio się stosujesz do komend starszego rangą, leniwcu…
- Średnio potrafisz zachować resztki godności, wpadając do żeńskiej garderoby, robiąc swój typowy rumor.
Zakryłam swoje górne partie ciała dłońmi, nie opłacało mi się naciągać góry tego fatałaszku, Wystarczająco mało zakrywał, aby uratować dość już swoją godność. Sięgnęłam po stanik leżący na wierzchu torby, zakładając go. No tak, sama koronka, nic innego.
- Mogłaś się bardziej postarać, łamago. Prawie rozwaliłaś sobie tam głowę, robiąc podstawową wywrotkę.
- Oh, martwisz się? - udałam zdumienie, naciągając na ramiona za dużą koszulkę. Zrzuciłam resztki kombinezonu na ziemię, aby na jego miejsce wciągnąć zwyczajne jeansy. Nareszcie można być sobą, taryfa ulgowa była miła.
- Nie wyobrażaj sobie za wiele.
- Jak to mawiały kobiety z tłumu, lepiej kręcisz tyłkiem, niż nie jedna kobieta. Prawie cię zjadły, wkładając pieniądze, gdzie trzeba.
- Zazdrościsz po prostu, leniwcu. - zaśmiał się, obserwując mój każdy ruch. Po złożeniu butów i kostiumu spojrzałam na niego, podeszłam bliżej niego. Miał mnie na wyciągnięcie ręki, chodź chciałam tylko przejść. Można było się zabawić, mogąc wyciągnąć od pijanych trochę pieniędzy.
- Ta wasza frakcja tak nisko upada, że biorą takich, jak ty?
- He? Kpisz ze mnie?
- Skądże… - akurat moje przerwy zgrywały się z jego wyjściami, było to idealne dla moich manewrów. Czasem byłam jak te moje patki drapieżne, śledząc bacznie zwierzynę. Raz po raz, by wychwycić najmniejszą oznakę słabości. A w tym działaniu nareszcie znaku, aby móc powoli działać. Ponowiłam znak dłonią, jaki on zrobił w czasie swojego popisowego tańca. Musiałam przyznać, że było w tym coś swoiście magicznego, co nie pozwalało przejść obojętnie obok tego. Uśmiechnęłam się, zza pleców wyciągając z kopertę z moimi postanowieniami, co do przejęcia poszkodowanych. Nie grałam szefa, a jedynie zwyczajnego posła. - Zapytaj swoich, kiedy zamierzają działać. To robi się naprawdę nudne.
Widziałam zmieniające się w jego oczach emocje, od zaskoczenia, po niedowierzanie, aż po nieoczekiwaną złość. W trymiga popchnął mnie w głąb pomieszczenia, zamykając drzwi. Tego się nie spodziewałam…
-Porozmawiajmy…