Coral
Czułem się tak, jakby każdy spiskował przeciwko mnie. Kiedy wszyscy toczyli jakieś brudne i zacięte walki, ja niańczyłem rudą ośmiolatkę. Czułem już, że Thylane nie była zwykłym członkiem swojej organizacji, a jakąś grubszą rybą, odgrywając w niej znaczną rolę – to sprawiało, że czułem się zazdrosny. Ona mogła knuć, wymyślać i działać, mogła byś panem swojego losu, a ja? Jako zwykły, szary członek Ruchu Oporu nie wiele miałem do gadania – chociaż przyznam, że była w tym część mojej winy. Miałem wrażenie, że przynosiłem pecha. Moja pierwsza misja poskutkowała podpaleniem kilku osób, z których dwie umarły, a pozostała trójka wyszła z tęgo ze śladami oparzeń na całe życie. Mimo, iż nikt nie powiedział tego wprost, że to moja wina, to każdy wiedział, że w tamtym miejscu byłem ja i gdybym zrobił coś innego, losy potoczyłyby się inaczej. Teraz przyniosłem pecha ostatniej akcji, w której zaginął nasz transport, ale tutaj nikt nie miał prawa się do mnie przyczepić, w końcu sam na niego czekałem w wyznaczonym miejscu.
W każdym razie nie tylko Jackals działało. Ruch Oporu również szukał sprawców, problem polegał tylko na tym, że nie byłem w to wtajemniczony. Tylko jedna osoba wiedziała, że pilnowałem dzieciaka, reszta, jeśli ktoś zapytał, wiedziała pewnie, że po prostu nie nadawałem się do tej akcji. Co za ironia losu. Chciałem być potrzebny i coś zrobić i w rzeczywistości pilnowałem klucza do zagadki, a mimo tego nie czułem się w żaden sposób potrzebny. Wolałbym działać, więc to, że Thylane podzieliła się ze mną swoimi obserwacjami i podejrzeniami poprawił mi trochę humor – ktoś jednak o mnie pamiętał.
Opiekowanie się 8-letnim dzieckiem nie było przyjemne, ze względu na różne zachcianki i fochy tej małej pokraki. Dziewczyna zostawiła mnie z nią na kilka dni i pamiętam dokładnie każdy spędzony dzień, chociaż bym nie chciał. Przez pierwsze dwa dni było dobrze, Adi miała dobry humor i mogła się bawić sama. Korzystała z różnych zabawek dostarczonych wcześniej albo przez Thylane, albo przeze mnie. Te dwa dni minęły szybko i przyjemnie, przypomniałem sobie więcej utworów na gitarę, udało mi się uratować kilka domowych kwiatków, widziałem się z moimi zwierzakami, a moje rany szybko się goiły. Trzeciego dnia zaczęła się nudzić, więc zabrałem ją na plac zabaw. Czwartego dnia musiałem jej poświęcić czas, bawiłem się z nią w jakieś odbijanie zamku czy coś podobnego. Z kolejnymi dniami było coraz gorzej. Chciała więcej uwagi i atrakcji, a ja potrzebowałem więcej ciszy i spokoju.
Pewnego dnia dostałem bólu głowy, a dziewczynka znowu zaczęła piskać. Zacząłem jej tłumaczyć, o czym zapomniała i chociaż kiwała głową, że rozumie, bardzo szybko zapominała. Cały dzień chodziłem ponury i średnio co kwadrans musiałem na nią krzyczeć, aby zamknęła buzię. Po południu ona również zaczęła krzyczeć, mówiąc, że jestem dla niej okropny i ona chce Thylane z powrotem.
- Ona jest dla mnie milsza! – piskała, a ja zakryłem uszy.
- Bo baby mają taki sam mały móżdżek, więc nie dziwie się, że się z nią lepiej dogadujesz – starałem się mieć opanowany głos, w końcu nie mogłem pozwolić, aby sąsiedzi się nami zainteresowali. – Jak przestaniesz tak piszczeć, to przestanę na ciebie krzyczeć – mówiłem, ale do niej to już nie docierało. Wpadła w dziecięcy szał.
- To ty pierwszy zacząłeś! – zaraz znalazła się tuż przy mnie i zaczęła uderzać mnie małymi rączkami w uda. Ze złości na mojej głowie pojawiły się uszy, a na końcu kręgosłupa ogon. Rysy twarzy również się lekko zmieniły. Na moment zamilkłem, zamykając oczy. Słyszałem swoje myśli bardzo głośno i wyraźnie, jakby ich autor nie znajdował się w mojej głowie, ale tuż obok i szeptał mi je do ucha. Wszystkie krążyły wokół tego, aby ukarać to małe diabelsko potwornym bólem.
- Coral? – usłyszałem cichy, wystraszony głosik. Nie zauważyłem, kiedy dziecko przestało mnie uderzać. Otworzyłem swoje czarne, zwierzęce oczy i spojrzałem na jej wystraszoną buzię. Odsunęła się ode mnie kilka kroków.
Przemieniłem się, a ze złości nawet tego nie zauważyłem. Miałem najeżoną sierść na karku, z moich ust wystawały kły, żuchwa wysunęła się delikatnie do przodu, a ja obserwowałem ją zwierzęcymi oczami. Widziała mnie już raz w takiej formie, więc wiedziała, co mogłem zrobić tymi pazurami.
Poczułem nagle coś mokrego przy linii żuchwy. Dotknąłem tego miejsca włochatymi palcami i poczułem coś ciepłego. Ujrzałem krew.
- Świetnie – mruknąłem. Momentalnie gniew opadł, a ja wróciłem do ludzkiej postaci. Zignorowałem dziecko, poszedłem do kuchni, gdzie zacząłem szukać tabletek przeciwbólowych. W między czasie chwyciłem chusteczkę i łapałem w nią wypływającą mi z ucha krew. Gdy połknąłem dwie tabletki ibupromu i zapiłem całą szklanką wody, poczułem, jak szkarłatna ciecz wypływa mi również z drugiego ucha. Poszedłem do łazienki, gdzie zacząłem ją zmywać.
- Czemu ty krwawisz – usłyszałem w progu pomieszczenia. Zielonooka chowała się za drzwiami, pozwalając bym mógł widzieć tylko połowę jej głowy i palce, trzymające za klamkę.
- Przez twoje piski – mówiłem już spokojnie. Adi nic nie odpowiedziała. – Myślisz, że jak dorośli coś każą dzieciom, to po to, by zrobić im na złość? – dziecko dalej się nie odzywało. Zmyłem krew ze swojej szyi i jeszcze chwilę stałem przy umywalce. Nie chciałem się złościć, ale ta mała pokraka właśnie uszkodziła mi słuch, przynajmniej takie miałem wrażenie. Nigdy nie spotkałem się z krwawiącymi uszami, ale ból, jaki odczuwałem przy każdym jej piśnięciu musiał mieć jakieś skutki.
- Przepraszam – powiedziała cicho. Zerknąłem na nią kątem oka. Rudowłosa już nie chowała się za drzwiami. Stała teraz obok mnie, trzymając ręce za sobą i wbijając wzrok w podłogę. – Nie wiedziałam.
- Raczej nie chciałaś rozumieć. Tłumaczyłem ci, że głowa i uszy mnie bolą od tego – dziecko już nic nie powiedziało, zamiast tego wyglądało, jakby miało się rozpłakać. Westchnąłem i wywaliłem zakrwawione chusteczki do kosza. Sięgnąłem po kolejne i przyłożyłem pod oba uszy. Musiałem śmiesznie wyglądać, trzymając w ten sposób ręce. – Chcesz się zrehabilitować? – zapytałem. Dziewczyna spojrzała na mnie dużymi oczami i pokiwała głową. – Jaką masz moc? Co potrafisz robić, że trzymali cię w laboratorium? – zapytałem pytanie wprost.
Adi przez moment wyglądała, jakby chciała wziąć nogi za pas i zniknąć stąd, aby nigdy nie odpowiadać mi na to pytanie. Długo trwaliśmy w ciszy, wpatrzeni w siebie, jakby rywalizując, kto pierwszy odwróci wzrok. Wygrałem.
- Nie wiem – powiedziała jeszcze ciszej niż wcześniej.
- Nie wiesz?
- Nie wiem – powiedziała już głośniej, jakby z wyrzutem. – Zabrali nas tam wszystkich i każdego badali, oni czegoś szukali - tutaj zaczęła się w końcu jej historia, opowiedziana z perspektywy dziecka.
- Nie mam pojęcia, czego szukają, ale mama mi powiedziała, że pewnego dnia się dowiem i żebym nie szukała zemsty, bo mogę wszystko zniszczyć – wysłuchałem spokojnie tej historii, by na samym końcu podejść do niej i ją przytulić. Pierwszy raz zrobiłem coś takiego z własnej woli, ale miałem w tym swój cel; nie chciałem by zaczęła znowu płakać.
- No dobrze, to nam ułatwi śledztwo, wiesz? – wywaliłem chusteczki do kosza i wziąłem dzieciaka na ręce. Z jej oczu popłynęło tylko kilka łez.
- Nie jesteś już na mnie zły? – zapytała cicho.
- Teraz już nie. Musze wiedzieć, dlaczego ci ludzie cię szukają. A uszy mi nie odpadły jeszcze – posadziłem ją na kanapie i usiadłem obok. Czułem, jak krew znowu spływa mi po szyi. – Jak przestane krwawić to gdzieś wyjdziemy.
Tabletki zniwelowały ból głowy, uszy przestały krwawić, a ja miałem szumy uszne. Zabrałem dziecko do parku w którym znajdował się plac zabaw. Ona się bawiła, a ja siedziałem na ławce i konfigurowałem nowy telefon. Czułem się dziwnie, ponieważ nie słyszałem tak dobrze jak wcześniej: siedząc w parku nie słyszałem szumu oddalonego miasta, który towarzyszył mi niemal w każdym miejscu. Musiałem przyzwyczaić się do tej ciszy, a raczej do bycia półgłuchym.
Nagle przy moich nogach pojawiła się Adi. Ciągnęła mnie za rękaw i zaczęła opowiadać, że jakaś dziewczynka rzuciła jej piach w oczy, bo ta nie chciała jej przepuścić przed siebie na zjeżdżalnie, więc moja ruda zołza uderzyła napastnika. Słuchałem tego spokojnie, aż nagle za nią pojawiła się matka tego uderzonego dziecka. Adi przylgnęła do mnie, wystraszona. Nie dziwiłem jej się, stała przed nami prawdziwa locha w różowym kostiumie barbie.
- Twoje dziecko uderzyło mojego cukiereczka! – krzyczała na mnie, wskazując na swoją blond córeczkę, łudząco przypominającą matkę. Okazało się, że Adi uderzyła ją w ramię na tyle mocno, że małej zaczął się robić siniak. Matka dalej coś krzyczała, zwracając uwagę na nas wszystkich tutaj bawiących się dzieci oraz ich opiekunów. Nagle jej ręka się podniosła i zamierzała uderzyć mojego przybranego bękarta. Złapałem kobietę za rękę, wygiąłem ją i pchnąłem kobietę do tyłu.
- Matka bez kultury, to i córka bez wychowania. Jak chcesz sprawiedliwości, to rzucę ci piachem w oczy, jak twój cukiereczek – objąłem Adi ramieniem. Oburzona kobieta szybko się podniosła.
- Nie podnosi się ręki na kobiety! – oznajmiła. Chwyciła swoją córkę za rękę i zaczęła odchodzić.
- Ej, barbie! – różowy cyklop się przytrzymał i odwrócił głowę. – Masz coś na zębach, to chyba szminka – wyszczerzyłem do niej zęby, wskazując miejsce w którym miała czerwona plamę. Ta się jeszcze bardziej oburzyła i szybko stąd zniknęła. My również nie mieliśmy ochoty tutaj więcej przebywać.
- To ona zaczęła – odezwała się Adi, kiedy oddaliliśmy się od placu zabaw. Nie piskała już.
- Słuchaj mała, Thylane nauczyła cię czegoś bardzo przydatnego, wiesz jak się bronić i miałaś rację, ale Thylane zapomniała o jednej, ważnej rzeczy – spojrzałem na dziecko. – Jak chcesz się bić, to tak, żeby nikt nie widział i tak, żeby nie było śladów.
Wtedy zadzwonił mój nowy telefon. Odebrałem, a po drugiej stronie usłyszałem damski głos. Nagle cała frustracja, że zostawiła mnie na te wszystkie dni samego, z tą mała pokraką, wylała się ze mnie do słuchawki.
- Jesteś zły? – zapytało dziecko, kiedy schowałem przedmiot do kieszeni. – Strasznie na nią krzyczałeś, a to nie jest jej wina, że ją uderzyłam.
- Wiem, że nie jest – poklepałem ją po głowie. Wróciliśmy do domu, po drodze kupując obiad.
*
Wieczorem, jak zwykle po uśpieniu dziewczynki, którym zajęła się Thylane, siedzieliśmy w kuchni, trzymając w rękach szklanki z alkoholem. Gdy kobieta wróciła po porze obiadowej do mieszkania, Adi rzuciła się na nią niczym głodny lew na stertę mięsa. Dziewczynka zbombardowała kobietę swoimi opowiadaniami, a kiedy skończyła i poszła do kuchni rysować, posłałem kilka wrednych komentarzy w jej stronę, by dać upust swojej złości, że mnie zostawiła. Zauważyłem również, że o wiele lepiej ją słyszałem, kiedy mówiła podniesionym tonem. W kuchni siedzieliśmy naprzeciwko siebie.
- Załatwiliście co potrzebowaliście? – zapytałem trochę kpiąco. Nie podobało mi się, że chociaż mieliśmy wspólny cel i problem, każdy z nas działał osobno.
- Owszem, mamy jednego gościa. Moi ludzie go przesłuchają i zdobędziemy potrzebne informacje.
- Mieliśmy nie mieszać w tę sprawę zbyt wielu ludzi – zauważyłem.
- Tak, ale po pierwsze, mam powód by ufać niektórym ludziom, a po drugie, szpieg znajduje się w waszych szeregach – przyznała wypijając łyk alkoholu. Dzisiaj naszą kolacją była czysta wódka z colą.
- Żebyś się na tym nie przejechała – mruknąłem.
- Możesz mówić ciszej? Obudzisz ją – przewróciłem oczami. Nie moja wina, że ja mówiłem normalnie, a ona szeptała.
- Mówię jak zawsze. Kiedy dostaniesz jakieś informacje? – kobieta coś odpowiedziała, ale tym razem niedosłyszałem. – Weź mów głośniej – warknąłem.
- Głuchy jesteś?! – podniosła głos. Przez chwilę milczałem, a ona zaczęła coś mówić, ale wróciły do mnie szumy uszne. Wsadziłem palec do ucha i zacząłem nim grzebać, a Thylane posłała mi zniesmaczone spojrzenie. Poczułem nagle małe ukłucie bólu i wyciągnąłem z ucha zeschnięta krew. Przekląłem pod nosem, wstałem i usiadłem blisko szarowłosej.
- Adi uszkodziła mi tymi piskami słuch – wyjaśniłem kobiecie, mając wrażenie, że mówiłem szeptem, ale jestem pewien, że była to normalna głośność. Thylane przez moment wyglądała na zaskoczona, a potem na rozbawioną.
- Jakim cudem? Każde dziecko tak piszczy – nie wyglądała, jakby brała mnie na poważnie, ale widząc moją ponura minę i niechęć do żartów na ten temat, przybrała z powrotem kamienny wyraz twarzy.
- Nie każde dziecko piszczy mi do ucha, a ja mam bardzo wrażliwy słuch, który aktualnie nie słyszy nawet tego, co się dzieje za oknem – z każdym kolejnym słowem stawałem się coraz bardziej zły. W mgnieniu oka wypiłem napój trzema głęboki łykami. Skrzywiłem się od ilości alkoholu.