Coral
Na trzy dni całkowicie straciłem słuch, przynajmniej takie miałem wrażenie. Odebrałem swoje zwierzęta od przyjaciela, by móc się w końcu nimi nacieszyć. Ostatni raz rozmawiałem z nim; potem gdy sąsiadka przyszła mnie prosić o jakąś przysługę, przestałem rozumieć jej słowa, które dochodziły do mnie, jakby musiały przejść przez bardzo grubą powłokę. Nie słyszałem już mruczenia Buki, momentu, w którym gotowała się woda, swojego budzika, ani szczekania psa. Przez około trzy dni opatrunki jakie miałem w uszach i regularnie wymieniałem po kąpieli skutecznie tamowały jakiekolwiek dźwięki, które mógłbym jeszcze usłyszeć. Nawet nie mogłem pograć na gitarze. Nic nie mówiłem, jeśli chciałem się z kim skomunikować, robiłem to pisemnie na telefonie. Może powinienem się cieszyć, że w końcu miałem cisze i spokój, ale kiedy nie słyszysz jadącej karetki, która ma prawo przejechać na czerwonym, możesz zostać prawie potrąconym.
Gdy słuch zaczynał mi wracać, wróciło również moje stare życie. Szef z Ruchu Oporu raczył się ze mną skontaktować i zawiadomić, że ma dla mnie robotę. Już dawno nie czułem się taki podekscytowany oraz szczęśliwy – nareszcie mogłem się do czegoś przydać. W klubie dalej nie tańczyłem, po ranach zostały strupy, a w teatrze aktualnie nie było nowych spektakli w których mógłbym pomóc (chociaż pewnie chodziło o to, że trupa mnie nie lubiła). Jedyne co miałem w ciągu tych kilku dni, to moje zwierzęta, mój dom, który swoją drogą wyglądał lepiej oraz, jak na złość, Thylane i Adi.
Niestety przez ponad tydzień jedyne co miałem, to masę papierkowej roboty. Mój entuzjazm wygasł w momencie, w którym szef mi oznajmił, że miałem się zająć formularzami, pismami, księgami, pieczątkami i tak dalej. W skrócie, miałem robić za asystenta księgowego, który nie dawał mi chwili wytchnienia. Pracowałem w domu, pod ciągłym telefonem, moimi jedynymi przerwami były te na wyprowadzanie psa, karmienie siebie i zwierząt oraz pójście do toalety. Gdy zapytałem, dlaczego miałem to robić, oznajmili mi, że KTOŚ po prostu to MUSI zrobić. I tyle, żadnego głębszego wyjaśnienia, tym bardziej, że nie nadawałem się do papierkowej roboty. Cały czas korzystałem z telefonu, by sprawdzać pisownie i obliczenia. Musiałem czytać artykuły prawnicze i inne, aby wypełnić niektóre formularze lub wnioski, a od samego patrzenia na nie robiłem się senny. Nie wiedząc czemu, mój przełożony księgowy był bardzo surowy, cały czas mnie kontrolował i musiałem mu wyjaśniać swoją każdą chwilę, podczas której nie było mnie przy telefonie (bo siedziałem w toalecie) albo nie było mnie w domu (wyprowadzałem psa lub robiłem zakupy). Czułem, że coś nie grało. Nigdy nie daliby mi takiej roboty, bo nie taką się pisałem, wiedzieli, że byłem zdolny do innych rzeczy, a wypełnianie pitów i innych dupereli po kilku dniach, podczas których nie mogłem się nawet skontaktować z Thylane, bo jak się szybko okazało, zablokowali mi telefon, było bardzo podejrzane. W końcu nie wytrzymałem.
Nie odbierałem telefonów. Siedziałem na łóżku i czytałem starą książkę. Kupiłem ją lata temu w sklepie spożywczym, bo stwierdziłem, że chciałbym móc czasami porobić coś innego. To był jedyny powód, dla którego namówiłem samego siebie na kupno drugiej części jakieś trylogii o Eskimosach. Nie zamierzałem już pracować, a ponieważ nie mogłem również z nikim porozmawiać, bo nikt z Ruchu Oporu „nie chciał”, stwierdziłem, że spróbuje w inny sposób. Skoro tak dokładnie i skrupulatnie była sprawdzana każda minuta mojego papierkowego życia, oznaczało to, że mogłoby się komuś nie spodobać, gdybym nagle oderwał ich od tych informacji. Po kilku dniach, tak jak sądziłem, ktoś się u mnie zjawił.
Robert Schmustch. Nie mam pojęcia kto mu dał takie nazwisko, ale nigdy nie potrafiłem go dobrze wymówić. Wysoki na dwa metry mężczyzna pojawił się u mnie późnym popołudniem. Był to młody chłopak, młodszy nawet niż ja i zawsze był ubrany na granatowo, bo jak twierdził, wyglądał w tym kolorze najlepiej.
- Nie sądziłem, że ciebie tu zastanę – powiedział na przywitanie. Nie zapukał do drzwi, po prostu je sobie otworzył, a ja byłem przygotowany na czyjąś wizytę, więc nie były zamknięte.
- Więc przyszedłeś mnie okraść? – zapytałem, zamykając książkę i odkładając ją na stół. – Czy mi wyjaśnisz, o co wam chodzi? – chłopak spojrzał na mnie zmęczonym spojrzeniem, po czym pozwolił sobie usiąść na krześle. Saba nie spuszczała z niego wzroku, nie lubiła obcych ludzi na swoim terenie.
- Przyszedłem sprawdzić, gdzie jesteś – pokiwałem znudzony głową.
- Ciekawą ci dali robotę, sprawdzanie czy ludzie siedzą w swoim domach, czy może są na zakupach – powiedziałem sarkastycznie. – Możesz powiedzieć szefowi, że nie mam zamiaru już wypełniać tych bzdur – usiadłem na drugim krześle, naprzeciwko niego. Przez moment mierzyliśmy się wzrokiem.
- To chyba nie ty – powiedział w końcu, a ja niczego nie zrozumiałem. – Większość na to stawiała.
- O czym ty do cholery gadasz – oczekiwałem od niego wyraźnej odpowiedzi.
- Szef myśli, że to ty wydałeś nasz transport, ten wiesz który – na chwilę mnie zamurowało, więc nie odpowiedział, czy wiedziałem. – Zauważyli, że ciągle spotykasz się z jakąś kobietą i dzieckiem. Chcieli cię po prostu sprawdzić, czy jesteś szpiegiem, ale…
- Ale? – zapytałem z podniesionym głosem.
- Ale wyciekły kolejne informacje i zniknęły dokumenty, a ty byłeś tutaj zamknięty, więc wykluczyli ciebie z grona podejrzanych – wyjaśnił. Złapałem się za głowę.
- Normalnie kabaret – powiedziałem bardziej sam do siebie. Chwyciłem kurtkę i telefon. – Powiedz szefowi, że to moje dziecko, a kobieta jest jej matką. I dodaj, że mają się gonić – nałożyłem kurtkę na siebie, a do kieszeni schowałem telefon. – Daj moim zwierzakom jeść, karma jest w kuchni. Zostaw kluczyk pod wycieraczką – rozkazałem mu, po czym wyszedłem z mieszkania.
Już nie wiem którym razem w ciągu tego roku, a nawet tych kilku miesięcy byłem taki zdenerwowany. To, że uważali mnie za słabego członka Ruchu Oporu przez co nie raczyli „zapraszać” mnie do swoich planów, było jedno. Mogłem to nawet zrozumieć, ale to, że nie ufali mi do tego stopnia, że nazwali mnie szpiegiem – to była przesada. Jeszcze na dodatek większość na to stawiała! Byłem w tej organizacji kilka lat, gdybym chciał ich zniszczyć, już dawno mógłbym to zrobić. Musiałem się komuś wygadać, a jedyną osobą, która to mogła zrozumieć, była Thylane. Jak na złość kobieta, której długi czas nie trawiłem, była dla mnie w pewnym sensie jedyną podporą.
W trakcie drogi do jej domu w mojej głowie pojawiła się myśl, która wwiercała się w mój mózg niczym młot pneumatyczny w beton. Gdy tylko się u niej zjawiłem, zignorowałem chęć wyżalenia się, bo miałem coś ważniejszego. Jednak przed tym pojawiło się coś jeszcze bardziej pragnącego uwagi. Po przekroczeniu progu jej mieszkania, nagle znalazłem się w powietrzu. Znaczy – byłem w jej mieszkaniu, ale nie dotykałem podłogi. Moje nogi unosiły się w górze, a po chwili całe ciało przechyliło się do przodu, nie mając w niczym oparcia.
- Co jest?! – krzyknąłem i w tym samym momencie upadłem na podłogę. Dobrze, że zdążyłem wyciągnąć ręce przed siebie, dzięki czemu nie rozkwasiłem sobie nosa.
- Coral! – usłyszałem wesoły głos Adi. – Widziałeś co zrobiłam?! – znowu użyła tego znienawidzonego przeze mnie głosiku. Szybko jednak się na tym przyłapała, na moment zakryła usta dłonią i po chwili mówiła już niższym tonem. – Bolało cię?
- Nie zbyt – wstałem z podłogi. Za dziewczynką stała Thylane, której niebieski barwnik całkowicie zniknął z ciała. Wyglądała w końcu normalnie, a ja się nawet cieszyłem na jej widok. – Co to było? – zapytałem, wskazując ogół mieszkania. – Lewitowałem w powietrzu – dodałem jeszcze, by wyjaśnić, o co mi chodziło.
- Adi chyba odkrywa swoje możliwości – wyjaśniła Thylane. Już drugi raz tego dnia złapałem się za głowę.
- Kabaretu nie koniec – mruknąłem do siebie. – Długo to trwa? – kobieta pokręciła głową.
- Trzy dni temu na placu zabaw pierwszy raz… nie jestem pewna co zrobiła – po tych słowach Adi poszła do kuchni, by się czegoś napić. – Panuje nad czasem i podejrzewam, że nad fizyką – wyszeptała do mnie Thylane.
- I nad grawitacją. Rany boskie.
Wieczór pojawił się bardzo szybko, a Adi okazała się być bardzo zmęczona po dzisiejszym treningu, więc poszła spać szybciej, niż zawsze, co pozwoliło mi na szybszą konfrontacje z szarowłosą sam na sam (prawie sam, każdemu z nas towarzyszyła szklanka jagermaistera).
- Jak uszy? – zapytała kobieta, a ja wzruszyłem ramionami.
- Nie odpadły, a ja słyszę. Jak twoje nerwy?
- Nie puściły, obie żyjemy – stuknęliśmy się szklankami i wypiliśmy po łyku.
- Słuchaj, musze ci coś opowiedzieć – zacząłem jej opisywać jak wyglądały moje ostatnie dni.
- Może stwierdzili, że taki nudny koleś poradzi sobie z pitami? – zażartowała, ale mnie nie było do śmiechu.
- Coś tu nie gra. Opiekujemy się tym dzieckiem tylko my. Jackals wie o tym, bo powiedziałaś. Ruch Oporu wie, bo widział. Szpieg zdobywa informacje z Ruchu, jakby stamtąd właśnie pochodził. Ruch się tego domyśla, więc szuka wewnątrz. Wy również szukacie podejrzanego z zewnątrz, ale żadna z organizacji po tak długim czasie nie może się niczego sensownego dowiedzieć. Po złapaniu i przesłuchaniu dużej liczby osób, nie mamy odpowiedzi, a niektóre wersje są sprzeczne – wyjaśniałem. Kobieta milczała, uważnie mnie słuchając, czyli robiąc coś, czego dawno nikt nie chciał. – Idąc do ciebie, przyszła mi do głowa myśl.
- Hm? – zaschło mi w gardle, więc podniosłem do ust szklankę.
- Ty zniknęłaś na ponad tydzień, bo miałaś ważne sprawy do załatwienia. Teraz ja byłem uziemiony na ponad tydzień, bo miałem coś do zrobienia. Ty jesteś szefem, więc masz dużo roboty. Ja nie miałem, mogłem mieć labę cały czas, a jednak stwierdzili, że muszą mnie przytrzymać w domu, by sprawdzić moją autentyczność. Cały czas wyciekają informacje lub znikają dokumenty.
- Do czego zmierzasz?
- Nie masz wrażenia, że to wszystko się przeciąga? Gdyby ktoś chciał tego dzieciaka, już dawno mógłby zaatakować, ale tego nie zrobił. Jakby ktoś czekał i obserwował, a w tym czasie zajmował nasze obie grupy błahostkami. Thylane, to za długi trwa, a ta cała walka prowadzona osobno wyprowadza wszystkich w pole. Mam wrażenie, że ktoś nas sprawdza i próbuje w końcu odłączyć od nas Adi. Ty masz na głowie cała grupę, a ja szefa. Przynajmniej do dzisiaj miałem.
- Co zamierzasz przez to powiedzieć?
- Żeby się gonili.